niedziela, 30 czerwca 2013

Nie mam czasu

Ostatnio moje życie bardzo przyspieszyło. W poniedziałkowy wieczór wyjeżdżam do Chorwacji, wrócę dopiero 16 lipca. W związku z wyjazdem mam mnóstwo spraw na głowie. Ciągła bieganina. A w tym wszystkim jeszcze życie prywatne i odrobina zawodowego. Choć tak sobie myślę, że jak tak dalej pójdzie, to w pracy chyba mnie przechrzczą... 

Do mojego ekwipunku wyjazdowego wliczają się dwa kartony leków, przenośna lodówka (na jedzenie i probiotyk) oraz torba jedzenia - zawekowane zupy, fasolki itp. Muszę to wszystko dziś ogarnąć. Kolejnym podstawowym elementem mojego wyposażania na wyjazd jest Marzena. Na szczęście jedzie ze mną i będzie mnie zakraplać.

Dziś już u mnie była. Musiała wbić nowy wenflon - już piąty. Poprzedni wytrzymał do wczoraj i... znów to samo - ręka spuchła, jest czerwona i boli. Bardzo chciałyśmy wbić go w lewą rękę, ale nie udało się. Teraz mam wenflon w prawej i z tym wenflonem muszę się spakować i przejechać 1000 km, tak żeby we wtorek rano - zaraz po przyjeździe podłączyć się do Biotraksonu <3.

Nie wiem, czy będę mieć możliwość pisania bloga podczas pobytu w Chorwacji. Jeśli tylko taka szansa się nadarzy, to na pewno napiszę, jak i czy sobie radzę.

A tak poza tym - pełna wygoda. Właśnie siedzę na kanapie pod kroplówką, telewizor włączony (z racji zawodu i pasji - polityczny kanał), lapik na kolanach i piszę bloga.

O właśnie kroplówka się kończy. Uciekam! Trzymajcie się ciepło i do następnego razu!

 Domowe all inclusive ;-)

piątek, 28 czerwca 2013

U nas w przychodni

Po 11 kroplówkach już, czyli 1/3. Wenflon nr 3 zaczął doskwierać. Na pewno będzie jeszcze jutro, chciałabym, żeby był do niedzieli, ale to już nie ode mnie zależy.

Dziś w przychodni było koszmarnie. Gdy leżałam pod kroplówką, od lekarza z poleceniem zastrzyku wyszła mama z osmarkanym i ewidentnie chorym dzieckiem. Ł. musiał opuścić gabinet zabiegowy. Matka usiadła sobie obok mnie i przełożyła krzyczące i wyrywające się dziecko przez kolano. Koszmar. Chłopczyk darł się wniebogłosy! Pielęgniarka wbiła mu dwa zastrzyki. Ja tymczasem leżałam jakieś 40 cm od twarzy tego ślimaczącego się dzieciaka. Jeżeli po tym nie zachoruję, to będzie to cud... Zwłaszcza, że mogę różne świństwa łapać przy takiej ilości antybiotyków.

W przychodni, do której chodzę pracuje na jednej zmianie jakieś pięć pielęgniarek, ale tylko dwie biorą się do pracy przy mnie. Jedna, która zdaniem mojego brata wygląda jak postać z "Planety Małp" siedzi za biurkiem i zajmuje się kartotekami. Gdy zemdlałam przed wszczepieniem rozrusznika - nie potrafiła udzielić mi pierwszej pomocy i wypuściła mnie do domu, za co potem oberwało się jej od mojej lekarki. Moje zdanie na temat jej kompetencji do wykonywania tego zawodu jest co najmniej złe. Kolejna babka dziś wróciła z urlopu. Nie wiem, czy jest jakąś szefową tam, ale na pewno nie jest lubiana przez koleżanki z pracy, które ją przy mnie obgadywały ;-). Trzecia pielęgniarka do tej pory tylko raz mnie podłączała, ale Ł. był przerażony, gdy widział jak to robi, więc chyba też nie mogę jej dobrze ocenić. No i są jeszcze p. Ania (najlepsza ze wszystkich) i p. Ola (z charakterkiem, ale już się do niej przyzwyczaiłam).

No i właśnie - skończyła mi dziś kapać kroplówka i Ł. tradycyjnie poszedł po pielęgniarkę. Wrócił, czekamy, czekamy i nic. Nikt nie przychodzi. Gdy Ł. poszedł do recepcji, to siedziała tam ta z "Planety Małp" i ta nielubiana. Żadna z nich się nie ruszyła. Dlatego też wkurzyłam się i się sama odłączyłam! Wychodząc zgłosiłam tylko, ze się odłączyłam i że wychodzimy. W międzyczasie pojawiła się tam p. Ola, która pewnie nawet nie wiedziała, że kroplówka spłynęła. Dlaczego ludzie w tym kraju robią tak, żeby się nie narobić? Ech...

środa, 26 czerwca 2013

Daję radę!

9 kroplówek zostało we mnie wkroplonych.

W poniedziałek miałam mały wenflonowy problem. Zaczął mi się odklejać plaster, więc stwierdziłam, że to nic trudnego - odkleję go do końca i założę nowy. Gdy odklejałam, to prawie bym sobie wyciągnęła wenflon z żyły, więc uznałam, że jednak to nie jest takie łatwe. Zabandażowałam rękę i zabrałam się do pracy. Szczęśliwie Marzena była tego dnia umówiona z moją ciocią, więc wieczorem podjechałam, żeby mnie uratowała. Sprawa okazała się grubsza, ale po paru minutach udało się. Niestety w międzyczasie spuchła mi ręka, ale uparłam się, że do rana wytrzymam, a tak w ogóle chciałam wytrzymać do środy. Niestety za bardzo bolało, było spuchnięte i czerwone. W dodatku wtorkowa kroplówka za bardzo nie chciała przez ten wenflon lecieć, co groziło nowym wkłuciem jeszcze we wtorek rano. Na szczęście spłynęła i dopiero po wszystkim pielęgniarka wyciągnęła to plastikowe cudo z mojej ręki. Cały dzień ręka bardzo bolała, kupiłam Altacet i robiłam okłady, trochę pomogło. Dziś poprosiłam o nowe wkłucie w tę samą rękę - żeby nie mieć dwóch lewych - mam teraz prawą i podwójnie upośledzoną lewą. Podwójnie, bo bolącą w jednym miejscu i przekłutą w drugim. Liczyłam na to, że ten poprzedni wenflon wytrzyma trochę dłużej, był grubszy i według moich pierwotnych planów miałam go mieć do piątku. Życie weryfikuje plany.

Ł. był przy mnie podczas ośmiu kroplówek. Daje radę. Pomaga pielęgniarkom, przenosi wieszak, który obecnie służy za stojak do kroplówki. Nie przeraża go widok strzykawki, wenflonu, rureczek, do których mnie podłączają. Zajmuje się moją kurtką, torebką i strasznie niecierpliwym osobnikiem, czyli mną. Niesamowity jest! Pielęgniarki nadały mu ksywkę "Młody" i jak raz nie zakręcił po kroplówce zestawu do przetaczania, to się śmiały, że musi się następnym razem poprawić. I co - rzeczywiście się poprawił ;-).

A tak poza tym - nie jest źle. Może w końcu leki, a właściwie nowy zestaw lekowy, zadziałają i to cholerstwo będzie w odwrocie. Pisałam ostatnio maile z moją lekarką, bo chciała, żebym jej dała znać, jak będzie po pierwszych kroplówkach. Napisałam, że nie chcę zapeszać, ale chyba jest odrobinę lepiej. Nie jakoś diametralnie, ale jednak. Odpisała, że się cieszy, choć boi się cieszyć, żeby nie zapeszać. No to teraz cieszymy się i boimy się tego razem. Zawsze raźniej ;-).

Jeżeli rzeczywiście ten Biotrakson spowoduje, że będę się dobrze czuć, to ja mogę nawet pół roku na te kroplówki chodzić! Żartuję, tego by pewnie moje żyły nie wytrzymały. Trzymajcie kciuki, żeby dwa miesiące Biotraksonu wystarczyły!

niedziela, 23 czerwca 2013

Kroplówki w weekend znośne są

W sobotę rano pojechałam po Marzenę - pielęgniarkę, która w weekend w domu podpięła mi kroplówki. Ostatnie dwa kroplówkowe dni były najmilsze ze wszystkich. Marzena to świetna kobieta, w dodatku pielęgniarka z powołania! Inne powinny się od niej uczyć. 

Po przyjeździe do mojego mieszkania Marzena podłączyła mnie do sprzętu, po czym w sobotę Ł., a dziś mój brat odwoził ją do domu. W końcu mogłam spędzić kroplówkę leżąc wygodnie na kanapie przed telewizorem. Jako stojak do kroplówki służyła mała lampka zawieszona na ścianie.

W sobotę po ocenieniu stanu mojej ręki Marzena stwierdziła, że usuniemy wenflon. Po jej wyjściu bez problemu wyciągnęłam go sobie sama. Po wenflonie został mały siniak i opuchnięta ręka, ale używam na to maści dla sportowców i dziś wieczorem już prawie nie boli. 

W związku z tym, że pozbyłam się wenflonu rano Marzena musiała mnie na nowo kłuć. Tym razem lewa ręka i trochę niżej - na nadgarstku. Jako istota praworęczna wolę tę opcję. Wbiła mi nieco grubszy wenflon (różowy, poprzedni był niebieski), który powinien wytrzymać trochę dłużej. Może do piątku? Może do soboty? Zobaczymy.

Niedzielną kroplówkę odpinałam sama przy pomocy brata. Brat uciskał, ja odkręcałam. Trochę go to przeraziło. Mnie też. Zrobiliśmy to dosyć nieumiejętnie, bo polała się krew, ale opanowałam sytuację.

Jutro ostatni dzień Tynidazolu - jupi :). Dziś miałam tynidazolowo gorszy fizycznie stan. Noc była zła. Spałam, mimo że miałam wrażenie, że nie śpię. W ciągu dnia bolały mnie uda, kolana i biodro. Po południu położyłam się spać. Godzinny sen trochę mnie zregenerował. Na tyle, że byłam w stanie nadrobić parę zaległości.

W gorszych chwilach napada mnie myśl: A co jeśli ja się z tego nie wyleczę? Boję się tej myśli. Nie chcę tak myśleć. Ona przychodzi wbrew mojej woli.

piątek, 21 czerwca 2013

4 z 32

Kroplówki doprowadzają mnie do szału. Wcale nie trwają czterdzieści pięć minut. Najkrótszą miałam dzisiaj i trwała godzinę. Najdłuższa natomiast aż półtorej godziny. Do tego trzeba doliczyć oczekiwanie na pielęgniarkę, czas na przygotowanie soli fizjologicznej z Biotraksonem, podpięcie wszystkiego i robią się dwie godziny. Yeah! Cudownie spędzać codziennie dwie godziny na niczym. Co za marnotrawstwo czasu! W dodatku kozetka, na której leżę wcale nie jest wygodna. Po upływie pół godziny zaczyna mnie od leżenia na niej wszystko boleć.

Funkcjonowanie z wbitym wenflonem też nie jest niczym przyjemnym. Wenflon boli. Wenflon ogranicza ruchy. Wenflon rzuca się w oczy. Obok wenflonu ludzie, z którymi wcale nie chcę rozmawiać o chorowaniu nie przechodzą obojętnie i zadają pytania, a ja muszę się tłumaczyć. O dziwo - wytrzymałam z tym jednym wenflonem cztery kroplówki, jutro będzie piąta i chyba ostatnia. Wieczorem ręka w okolicy wenflonu zrobiła mi się czerwona i boli. :( To jest ponad moje siły. :( Swoją drogą - cztery kroplówki to 1/8 pierwszej partii. 19 lipca (podczas następnej wizyty) dostanę kolejną. To będą długie wakacje.

Słoneczne i upalne dni też nie pomagały mi w godnym znoszeniu choroby. Załatwiając setkę ważnych spraw i jeżdżąc przy tym moim wehikułem, który niestety pozbawiony jest klimatyzacji opaliłam, a właściwie zaczerwieniłam sobie lewą rękę. I wcale to nie jest efekt zimnego łokcia, tylko opuszczonej szyby i trzymania kierownicy. Muszę uważać na te słońce i z powrotem przerzucić się na filtr 50. O bardzo dużej liczbie reguł i wytycznych należy pamiętać przy leczeniu boreliozy i bartonellozy.

Kroplówki stały się obecnie tematem numer 1 w chorowaniu. Przysłoniły nawet Tynidazol, choć i on dorzuca swoje trzy grosze. Zmęczenie, zmęczenie, zmęczenie. Bolące uda, biodro, głowa, która pęka. No i chyba też nastrój nie tak całkiem OK. W środę po raz pierwszy od co najmniej roku usnęłam w ciągu dnia. Nie lubię i nie umiem spać za dnia, ale tym razem poległam. A i wciąż mam problem z ortografią - muszę myśleć i czytać litery, które piszę, a których wcale napisać nie chciałam. To jest totalna porażka. Odezwało się również coś, co zazwyczaj uznawałam za swoje "roztrzepanie" i w czego efekcie zgubiłam dziś klucze do domu. Po godzinnych poszukiwaniach okazało się, że leżą w łazience, gdzie musiałam je zostawić podczas czesania się. Nie pytajcie, sama nie wiem.

Dziś wcale nie chce mi się spać...

środa, 19 czerwca 2013

Obraziłam się na świat?

Kroplówka dziś pobiła rekord świata pod względem długości. Spędziłam niecałe dwie godziny w przychodni, sama kroplówa trwała ponad półtora! Do głowy można dostać. 

W dodatku przyjmowała mnie ta sama pielęgniarka co wczoraj. Była wyraźnie niezadowolona z tego faktu. Skomentowała tylko, że znów na nią trafiło. Przepraszam, że żyję. Przepraszam, że jestem chora i przepraszam, że przeze mnie musi popracować. Naprawdę nie wybrałam sobie takiego losu!

Wróciłam do domu i nic mi się nie chce. Nie, jednak to nie do końca prawda - coś mi się chce - chce mi się płakać. Usiadłam w fotelu i siedziałam nie robiąc nic przez pół godziny. Potem udałam się do lodówki, żeby wziąć sobie jogurt. Wtedy zauważyłam, że tata przez przypadek zjadł moją wędlinę (bez konserwantów), po którą wczoraj specjalnie pojechałam do mięsnego. Nie zrobił tego celowo, wiem, ale głupie zjedzenie paru plasterków szynki niemalże doprowadziło mnie do łez. Następnie stwierdziłam, że upiekę ciasteczka i wzięłam się do roboty. Tylko kurczę nie pomyślałam, że zrobienie ich z wbitym wenflonem będzie bardzo trudne. Ciastka robiłam lewa ręką, prawa jedynie asystowała. W międzyczasie ugotowałam też siemię lniane i powinnam zrobić koktajl jawo, ale obecnie nie chce mi się ruszyć z fotela. Podczas robienia ciasteczek załamywałam się nad całym moim chorowaniem, w sumie to załamuję się dalej.

Siedzę i zastanawiam się nad koszmarem, który obecnie jest częścią mojego życia albo po prostu jest moim życiem. Jestem bezużyteczna - pracować nie umiem, działać społecznie nie umiem, nawet zająć się sportem nie potrafię. Mogłabym tak siedzieć bez końca. Siedzenie nie wymaga większego zaangażowania. Dobrze się siedzi.

Zadzwonił dziadek. Uparcie próbował mnie zmusić, żebym do nich przyjechała na obiad i ze słoikami po fasolce, którą babcia mi gotuje. Kurczę, jak i ile razy mam mu powiedzieć, że nie przyjadę, że chciałabym sobie posiedzieć trochę w domu, że nie mam siły. Chyba się obraził.

Albo to ja obraziłam się na świat?

Edycja: przez siedzenie w fotelu spaliłam ciasteczka :(

wtorek, 18 czerwca 2013

Po pierwszej kroplówce

Dziś byłam na pierwszej kroplówce. Do przychodni poszłam ze skierowaniem, Biotraksonem, solą fizjologiczną, zestawem do przetaczania, dwoma wenflonami (z niebieskim o cieńszej igle i różowym z igłą grubszą) i z Ł. Odniosłam wrażenie, że pielęgniarka, która mnie obsługiwała nie była z tego faktu zadowolona. Ja na jej miejscu pewnie też bym nie była. Przeszłam z nią do gabinetu zabiegowego, gdzie jej koleżanka z pracy wbijała innej pacjentce zastrzyk. Usiadłam sobie na kozetce, a ona w tym czasie zaczęła wszystko przygotowywać. Okazało się, że nie mam plastra do wenflona - dostałam go z przychodni, ale jutro muszę oddać w zamian nowy. Nie miałam również strzykawki, wacika i płynu do dezynfekcji, ale tego na szczęście oddawać nie muszę. W przychodni natomiast nie mieli stojaka do kroplówek (ha! nie tylko ja czegoś nie miałam), więc trzeba go było zorganizować, czyli zaadoptować do tej roli wagę połączoną z przyrządem do mierzenia wzrostu. Choć w pierwotnej wersji kroplówka miała wisieć na uchwycie od okna. Po zainstalowaniu prowizorycznego stojaka pielęgniarka zabrała się do wbicia wenflonu. Nie było to miłe, trochę bolało, a ona ponarzekała, że mam grubą skórę - to nowość. Na szczęście za drugą próbą się udało i wenflon został zamocowany. Teraz trzeba było już tylko połączyć go rureczkami, czyli zestawem do przetaczania z powieszoną na wadze solą fizjologiczną z wymieszanym Biotraksonem. Podpięta do całości położyłam się na kozetce. Czas zaczął bardzo wolno płynąć, a odmierzały go kolejne krople. Na szczęście Ł. był obok, bo inaczej chyba bym tam ześwirowała. - Czy już 1/3 spłynęła? - Prawie. - Jest już połowa? - Chyba tak. - Jeszcze 1/4? - Trochę więcej niż 1/4. I tak w kółko. Bardzo mi się to dłużyło. Pod koniec Ł. trochę podkręcił kroplówkę (mechanizm regulujący w zestawie do przetaczania), dzięki czemu zaczęło spływać szybciej. Cała ta impreza trwała 1 godzinę i 20 minut i z tego powodu spóźniłam się do pracy.

Po wszystkim umówiłam się na jutro, a moja ręka została zabandażowana i z taką piękną biżuterią udałam się do pracy. Do pracy, w której dziś znów było mnóstwo spraw do załatwienia. Po powrocie do domu miałam ciąg dalszy z bieganiny. W dodatku wbity wenflon wcale mi tego nie ułatwiał. Niestety funkcjonowanie z nim nie jest proste - boli, trzeba uważać, za bardzo nie da się podnosić ciężkich rzeczy, a także pisać, ręka jest sztywna. Trochę kiepsko z tego powodu. Mam jednak nadzieję, że wytrzymam z nim do piątku, bo kłucie jest jeszcze gorsze. Choć niestety w szpitalu przy rozruszniku wytrzymałam tylko trzy dni, bo spuchła mi ręka i bolało. Zobaczymy...

A tak poza tym - nowy lek niewiele zmienił. Dziś padam na twarz, choć jednocześnie chyba będą problemy z zaśnięciem. Poza tym cały dzień bolała mnie głowa, w dodatku temperatura na zewnątrz nie ułatwiała. No i teraz szumi mi uszach. Czadowo...

Pod kroplówką!