sobota, 22 lipca 2017

:)

Obiecałam, że w lipcu się odezwę, ale tak jakoś nie umiałam się za to zabrać. Do tego - jak zawsze - czas zapycha jak szalony i w ten oto sposób mamy już trzecią dekadę lipca, za chwilę sierpień i kolejne lato za nami... Ale koniec marudzenia! Ot co!

Co u mnie? Sporo nowości. Kupiliśmy z Ł. mieszkanie i pierwsza połowa roku upłynęła nam pod znakiem remontu. Jeszcze zostały tylko drobne prace do zrobienia. Masę energii i czasu pochłonął nam ten remont, dlatego tym bardziej się cieszę, że to wszystko już prawie za nami. 

W dodatku miałam dosyć intensywny czas w pracy i jak tak na to wszystko patrzę, to nie zapowiada się, żeby miało być lepiej - słowem: albo przywyknę, albo będę musiała pomyśleć o przebranżowieniu. Na razie staram się przywyknąć.

W związku z remontem i pracą nie mieliśmy za wiele czasu na górskie wypady. Wstyd przyznać, ale od początku roku uskuteczniliśmy tylko trzy wycieczki. Ł. wymyślił nową górską misję, którą ja przyjęłam - staramy się zdobyć Koronę Gór Polski i w tym roku "wspięliśmy się" na Lubomir, Czupel i Radziejową. Mój licznik na dziś to 10 z 28 szczytów KGP, Ł. ma 11, ale Śnieżkę będzie musiał powtórzyć ze mną (wstyd przyznać - nigdy nie byłam w Sudetach). Jednak największym górskim tegorocznym wyzwaniem zrealizowanym do tej pory było wzięcie udziału w XI Wyrypie Beskidzkiej. Tym razem warunki były trudne (tym razem, bo moją pierwszą Wyrypę ukończyłam w 2015 roku) - dwie burze, deszcz, gigantyczne błoto i wymagająca trasa spowodowały, że przeszliśmy 50 km (dystans wynosił 60 km) i zajęło nam to 19 godzin (od 20:00 do 15:00), co stanowiło nasz plan minimum. Ja byłam mega zadowolona, Ł. miał apetyt na więcej i pewnie gdyby szedł sam, to zrobił tę sześćdziesiątkę.

W temacie górskich planów - w sierpniu wyjeżdżamy na urlop. W planie - już chyba tradycyjnie - Słowenia i parę dni w Chorwacji. Wymyślony przeze mnie harmonogram wyprawy jest dosyć ambitny - dużo gór, trochę zwiedzania i coś, na co bardzo się cieszę, czyli rafting. Nigdy w życiu nie brałam udziału w raftingu i już nie umiem się go doczekać.

OK, to tyle jeśli chodzi o czasopochłaniacze, przejdźmy do spraw zdrowotnych. No więc tak... Odgrzybiłam się i w marcu zakończyłam wizyty u mojej lekarki (przynajmniej jeśli chodzi o wizyty w swojej własnej sprawie, bo byłam jeszcze u niej z mamą, ale to zupełnie inna historia). Po ostatniej wizycie dalej piłam zioła, ale w maju z nich zrezygnowałam w obawie, że przez nie mam problemy z żelazem. No właśnie... problemy z żelazem. Jego niedobór to właśnie coś, co obecnie najbardziej mi dokucza. W zasadzie to nie jest kwestia samego żelaza, ale - tak jak już kiedyś pisałam - ferrytyny, czyli białka, które je magazynuje. I z powodu tych problemów - za zgodą lekarki - udałam się do zielarki, którą poleciła mi koleżanka z pracy i która jej pomogła z problemami zdrowotnymi. Jak się okazało już na miejscu zielarka zajmuje się... medycyną chińską. Wcześniej nie miałam przekonania do takich praktyk, ale gdy już przyszłam na wizytę, to sobie pomyślałam, że co ma być, to będzie. W taki właśnie sposób w połowie czerwca rozpoczęłam kurację chińskimi ziołami, która ma trwać 3-4 miesiące. Do tego dochodzi dieta - bezglutenowa (kupuję obecnie chleb kukurydziany z amarantusem, bez drożdży - "pycha"), beznabiałowa, bezcukrowa, bezkofeinowa i bezalkoholowa. Staram się jak mogę, choć czasem zdarza mi się zgrzeszyć. W dodatku za radą lekarki odkleszczowej zrobiłam badania na całkowitą zdolność wiązania żelaza (TIBC) i utajoną zdolność wiązania żelaza (UIBC), które wyszły w normie, co oznacza, że dalej nie miałam odpowiedzi skąd te braki ferrytyny. Odpowiedzi udzieliła chińska zielarka sugerując uszkodzenie przez antybiotykoterapię kosmków jelitowych - właśnie z tego powodu stosuję chińskie zioła i dietę. Notabene przez tę dietę stałam się bywalczynią "zdrowych" sklepów i odkryłam produkty, o istnieniu których nie miałam pojęcia (np. ocet jabłkowy - obrzydlistwo - czy sól himalajska). Miejmy nadzieję, że to pomoże, bo głównym symptomem żelazowych problemów są wypadające włosy. To jest moja zmora... :( :( :( .

W czerwcu zrobiłam również badania na bartonellę i boreliozę. Jeśli chodzi o te pierwsze - mega pozytywne zaskoczenie. Bartonella zawsze w testach wychodziła mi pozytywna i to bardzo. Obecnie w klasie IgG na sześć jej rodzajów, które można zbadać u dra W. cztery mam graniczne i dwa ujemne, z kolei na dwa rodzaje z klasy IgM - jeden graniczny i jeden ujemny :) :) :) . Bardzo bałam się tego badania i jego wyników, a tu taka niespodzianka. Ogromnie mnie to ucieszyło. W przypadku boreliozy - IgM negatywne, IgG pozytywne przez VlsE i flagelinę (w teście Western Blot to właśnie w ich przypadku nabiłam punktów). Moja lekarka powiedziała mi jednak, że flagelina nie jest istotna, więc tak naprawdę jedynie VlsE jest pozytywne i że wyniki patrząc na te wszystkie lata chorowania i następnie leczenia są rewelacyjne. Uffff. Muszę również dodać, że chyba nie zauważam już jakichś silnych objawów chorób odkleszczowych. Większość (a może nawet wszystkie, sama już nie wiem) zniknęła, odeszła w zakamarki niepamięci. Śpię i wysypiam się, nie mam problemów z bólami stawów i mięśni, kości mi nie strzelają, jestem w dobrej kondycji psychicznej, nie mam problemów z wysypkami, a bóle głowy towarzyszą mi naprawdę sporadycznie. Jest naprawdę dobrze!

Jak tak o tym wszystkim myślę, to mam kłębowisko różnych emocji w głowie. Dominuje radość ogromna i ulga, ale obecny jest też lekki strach i lęk przez ewentualnym powrotem choroby. Dlatego wybieram opcję niemyślenia ;-) , a w zasadzie po prostu nie zastanawiam się nad tym, żyję, idę do przodu i tyle. Chyba też jestem pogodzona z tym, że moje panie 2B mogą kiedyś wrócić. Uważam, że każdy zaleczony pacjent powinien żyć z taką świadomością. Pozostaje nam zatem uważnie obserwować swój organizm i nie bagatelizować potencjalnych objawów. Tak by w razie "W" reagować szybciej niż później.

Gdy zaczynałam pisanie tego bloga przyświecały mi dwa cele - pomóc innym szerząc wiedzę o chorobach odkleszczowych, ale także pomóc sobie poprzez zapisanie myśli i emocji towarzyszących leczeniu, tak by było mi trochę lżej - zwłaszcza, że miałam (pewnie w jakiejś mierze wciąż mam) problem z mówieniem o sobie i swoich uczuciach. Dziś wiem, że zamierzenia te udało mi się zrealizować. W dużej części dzięki Wam - osobom, które czytają bloga, osobom, które decydują się komentować moje posty i w ten sposób dzielą się własnymi spostrzeżeniami. Dlatego chciałabym podziękować Wam za to, że towarzyszyliście mi w mojej walce. Gdy piszę te słowa czuję ogromne wzruszenie, a to chyba dlatego, że do choroby nie potrafię podchodzić bez emocji. Jest ona najtrudniejszym doświadczeniem w moim trzydziestokilkuletnim życiu. Może to zabrzmi banalnie, ale poza oczywistym jej negatywnym aspektem, sporo dzięki niej się nauczyłam. Myślę, że panie B spowodowały, że stałam się odrobinę lepszym człowiekiem, a już na pewno bardziej dojrzałym. Dały mi nieco inną optykę patrzenia na świat i ludzi. Myślę, że nie jestem w takim myśleniu sama i wielu chorych czuje podobnie.

Nie żegnam się, bo życie płynie dalej, więc blog się nie kończy. Postaram się co jakiś czas pisać w tej przestrzeni - jeśli tylko będę miała coś do powiedzenia.

Na razie nie musicie się o mnie martwić, ja natomiast mocno będę trzymała kciuki za każdą chorą osobę. Za to, żebyście mieli siłę do walki, żebyście się nie poddawali, żeby stan Waszego zdrowia się poprawił (niezależnie od tego, czy uda się Wam tę walkę wygrać).

Zapewniam, że dalej będę aktywna, będę dbać o zdrowie, będę się starać odbudować kosmki jelitowe i poprawić poziom ferrytyny, a gdy to się uda... to wtedy będę realizować inne plany, a w zasadzie będziemy je z Ł. realizować...

Do zobaczenia!

wtorek, 4 kwietnia 2017

Hej hej!

Hej! Witajcie po przerwie. Jak ten czas szybko płynie... Zdecydowanie za szybko...

W każdym razie jeszcze tego nie wiecie, ale... ale już od grudnia nie biorcę abx. Od stycznia do połowy marca się odgrzybiałam - Nystatyna, Orungal, Flukonnazol i oczywiście dieta. Obecnie piję tylko zioła. Jest dobrze, naprawdę. W czerwcu mam zrobić WB i badanie na bartonellę. 

Z minusów - moje pokłady żelaza nie chcą się za bardzo odbudowywać, obecnie ich poziom wynosi ok. 20 (poziom ferrytyny), a dobrze by było, gdyby udało się osiągnąć 80. Zatem piję również żelazo i sok z buraka. Do tego witaminę C (kwas L-askorbinowy) w dużej dawce i jabłczan magnezu. Tak, by jeszcze bardziej postawić organizm na nogi po tych czterech latach leczenia dwóch "b".

Nie wiem, czy jestem wyleczona, zaleczona. Staram się o tym nie myśleć i cieszyć się każdym dniem. Tylko czasem wracają wspomnienia tych czterech lat. Kurczę, naprawdę było trudno. Gdy myślę o sobie i o innych chorych, to zawsze pojawia się poczucie bezsilności i ono właśnie jest najgorsze.

Na koniec chciałabym życzyć wszystkim walczącym dużo sił i wytrwałości. Nie poddawajcie się, nawet gdy jest bardzo trudno. Doskonale wiem, jak trudno może być! Trzymam za wszystkich kciuki. Zaglądajcie tu czasem. Na pewno się odezwę. Najpóźniej po badaniach...

Do zobaczenia!

sobota, 19 listopada 2016

Długo mnie tu nie było...

Długo mnie tu nie było. Z różnych powodów. Po pierwsze żyję w wiecznym niedoczasie. Z roku na rok mam coraz więcej obowiązków i zadań do wykonania. Po drugie i chyba ważniejsze nie chciało mi się ani myśleć, ani tym bardziej pisać o chorowaniu.

W telegraficznym skrócie postaram się opisać, co się wydarzyło w tym czasie, gdy mnie tu nie było. Po pierwsze okazało się, że mam anemię. Anemię, która uwidaczniała się tylko na poziomie płytek krwi. Dopiero po badaniu na poziom ferratyny, czyli białka magazynującego żelazo, wyszło szydło z worka. Mój poziom ferratyny wynosił 3, norma jest od 10 do 190. Gdzieś wyczytałam, że by nie wypadały włosy należy mieć ją na poziomie 80. Nie wiem, ile teraz jest, ale na pewno więcej. Włosy przestał wypadać! Hurra!

W temacie żelaza - piję żelazo w preparacie Ferroplex - dwa razy dziennie lub raz - w zależności od zaleceń lekarki. Przestałam również pić kawę, a wypijałam jej naprawdę dużo. Od momentu odstawienia kawy jest o wiele, wiele lepiej. Choć oczywiście początki były trudne - miałam typowe objawy odstawienia środka, który uzależniał. Do tego piję sok z buraka - raz kupiłam w aptece, a teraz taki sok robi mi teściowa. 

Poza tym w sierpniu ze względu na złe wyniki krwi musiałam odstawić antybiotyki. We wrześniu wróciłam do Bactrimu, który od października biorę razem z ziołami. W listopadzie "dojadam" resztkę Moloxinu, który mam w domu. Być może to jest ostatni lub przedostatni miesiąc z abx. Potem w planie odgrzybianie i zioła, a potem koniec.

Nie jest idealnie, ale jest dobrze. Wciąż mam drobne objawy (mroczki i czasem wysypki), ale być może z powodu rozrusznika nie da się ich ca.łkowicie wyplewić. W każdym razie, gdy skończę z antybiotykami, to i tak zamierzam pić ziółka, a mam ich całkiem sporo - na bartonellę (trzy rodzaje), na węzły chłonne, na wątrobę, na śledzionę, na candidię. Tak więc Alleluja i do przodu! ;-)

sobota, 9 lipca 2016

Tym razem Bactrim

Ech. Tak to już jest, że raz na wozie, raz pod wozem. Myślałam, że już jest dobrze, że będzie tylko lepiej. No ale... Fakty są takie, że w połowie czerwca do Moloxinu i ziół dołączyłyśmy z moją odkleszczową panią doktor Bactrim. I się zaczęło. Temperatura ciała średnio 36,0. Węzły chłonne spuchnięte. Wysypki. Kłopoty ze skórą twarzy i dekoltu. Negatywne myśli, głównie wieczorem. Ból głowy, dwa razy nawet obudził mnie rano. Tradycyjne mroczki. Wypadające włosy

Zdążyłam już zapomnieć, że mogę to wszystko odczuwać i to w dodatku naraz. Zawsze powtarzałam, że ból fizyczny to nic, w porównaniu z tym psychicznym. A ostatnio moja barto na psychikę siadła mi solidnie. Nawet nie chciało mi się na bloga zaglądać. Dlaczego? Bo miałam wrażenie, że to jakieś never ending story. Że co chwilę piszę o pogorszeniach, o tym, że jest źle. A przecież już dawno powinno być dobrze. W każdym razie nie jest.

Miałam kiedyś znajomą, która okłamywała wszystkich wokół, że jest chora na raka. Wiele osób przejmowało się jej losem, ze mną włącznie. Chcieliśmy jakieś zbiórki pieniężne organizować, chcieliśmy jej pomóc. Mówiła, że ma raka płuc z przerzutami do żołądka i mózgu, stadium terminalne. Co jakiś czas następowały poprawy, a potem nawroty. W taki sposób parę lat ja i moi znajomi wierzyliśmy w tę jej bajkę. Piętnaście lat później, dziś, dziewczyna dalej żyje, ma męża i dziecko, o zgrozo - pracuje jako nauczyciel I-III (w życiu bym jej dziecka nie powierzyła). Dlaczego kłamała - nie mam pojęcia. Chyba była zakompleksiona, czuła się gorsza i chciała zwrócić na siebie uwagę. W każdym razie trauma po tym, jak odkryłam kłamstwo została mi do dziś. I dokonując autopsychoanalizy stwierdzam, że może też dlatego trudno mi po raz kolejny obwieszczać światu - jest gorzej niż było, wciąż nie udało mi się pokonać bartonelli, bla, bla, bla.

Z pozytywów - w końcu obcięłam włosy. Ostatnio obcinałam je w kwietniu zeszłego roku. Były zapuszczane do ślubu, potem jeszcze czekały na sesję plenerową, którą zrobiliśmy dopiero we wtorek, no i w środę pozbyłam się 15 cm włosów. Dobrze im to zrobi - są lżejsze, może będę troszkę mniej wypadać i poza tym nowa fryzura sprawia, że optycznie nabrały objętości. 

Tegoroczne lato zapowiada się bardzo pracowicie. Jak jeszcze nigdy. Mam nadzieję, że dam radę, a 30 lipca wyruszamy na wakacje. Tym razem znów Słowenia i po raz kolejny Chorwacja. Plany jak zwykle ambitne - górskie wycieczki (Jalovec, Alpy Kamnicko-Sawińskie, a w Chorwacji Vrh Dinare - ich najwyższy szczyt, oby się udało), zwiedzanie i ostatni tydzień plażowanie na Hvarze. Nie mogę się doczekać, byle do 30.

czwartek, 16 czerwca 2016

Biesy i Czady

Wesele, wesele i po weselu ;-) . W sumie to już powoli zaczynam o nim nie pamiętać ;-) . Muszę przyznać, że całkiem nam się ono udało i nawet pogoda była wymarzona. Dzięki za trzymane kciuki :) . Bałam się, że nie dam rady wytrzymać do rana, ale to są takie emocje, że gdy kładliśmy się spać o 7:00 rano, to nawet nie czułam jakiegoś wielkiego zmęczenia. 

We wtorek po weselu wyjechaliśmy na parę dni w Bieszczady - tak trochę w myśl zasady: "Rzuć wszystko i jedź w Bieszczady!". Było super. Trzy dni chodziliśmy po górach. Pokonaliśmy ponad 50 km i niecałe 3 km pozytywnego przewyższenia. Pogoda była mieszana - słońce przez półtora dnia i drugie półtora w chmurach z ryzykiem deszczu, chociaż nas na szczęście nie zmoczyło. 

Po Bieszczadach pojechałam do stolycy (służbowo) i dopiero dziś spędziłam pierwszy dzień w pracy. Ten pierwszy dzień wystarczy mi za całe dwa tygodnie, bo się okazało, że do 30 czerwca mam całą masę spraw do zrobienia i zaczynam się zastanawiać, czy dam radę i czy to jest w ogóle możliwe :( . 

Na czas życiowego zamieszania odpuściłam zioła. Za bardzo nie miałam czasu ani możliwości parzenia ziółek. Wrócę do nich jutro, a w poniedziałek kolejna wizyta lekarska. Zobaczymy, jak się sprawy mają.

Kończę na dziś, odezwę się, gdy tylko ogarnę pracę :( . 

I na koniec parę landszafcików z raju :) . 











sobota, 28 maja 2016

Koci pazur czyni cuda



Zdrowotnie całkiem dobrze się trzymam. Nie uwierzycie, ale dzięki kociemu pazurowi, który biorę już półtora miesiąca poziom WBC wzrósł ze stanu poniżej normy do stanu w połowie normy. Zioła zrobiły to, czego leki chemiczne nie potrafiły w zasadzie od początku leczenia zdziałać. Yeah! Jak zobaczyłam te wyniki, to nie mogłam w nie uwierzyć, bo byłam przekonana, że białe krwinki znów będę miała na niskim poziomie – bałam się powtórki z maja i czerwca zeszłego roku. Tamto wydarzenie mocno utkwiło mi w głowie i teraz zawsze przy jakiejkolwiek zmianie leków czy przy wprowadzaniu ziół budzi się we mnie strach, że historia się powtórzy. Wierzcie mi, że w takim stanie połykanie kolejnej pigułki albo parzenie ziółek wymaga wielkiej siły woli, bo lęk doradza mi odwrotnie, bo lęk chce, żebym to wszystko rzuciła w cholerę.

Oczywiście zawsze znajdzie się jakiś minus, więc w przypadku mojej krwi minusem jest to, że jej wyniki mogą sugerować lekką anemię, co nawet nie byłoby takie dziwne. Problem polega na tym, że mam relatywnie dużo czerwonych krwinek (przy górnej granicy normy) i nie za bardzo mogę przyjmować żelazo. W przyszłym miesiące sprawdzę poziom żelaza i zobaczymy z lekarką, co z tym fantem zrobić.

Miałam krótką przerwę od ziół i abx, która wynikała z chęci drobnego szaleństwa - wieczór panieński czy coś ;-) . Drugą przerwę planuję na wesele. I w trakcie tej przerwy objawy zniknęły, no ale po powrocie znowu są, czyli wiadomo - leczyć się trzeba. Jak wielokrotnie powtarzałam - mam do przegrania życie i życie do wygrania, więc nie pozostaje mi nic innego, jak walczyć, co też lepiej bądź gorzej staram się robić. 

Alergia dzięki Claritine i wapnu już mi nie dokucza, EOS wrócił do normy. Postanowiłam zaryzykować i od dziś nie biorę więcej leków na nią - mam nadzieję, że to, co mnie uczula przestało już pylić. Pożyjemy, zobaczymy.

W minioną niedzielę pojechaliśmy z Ł. w góry - na Równicę i okolice. Pokonaliśmy niemalże 18 km i 800 metrów pozytywnego przewyższenia. Dystans i wysokość zdziwiła nas samych, bo byliśmy przekonani, że wybieramy łatwą wersję niedzielnej wycieczki. Zresztą wersji było kilka i co chwilę w trakcie marszu się zmieniały. To też spowodowało, że osiągnęliśmy taki rezultat. Dziś też mieliśmy jechać w góry - tym razem na Jałowiec, ale byłam bardzo zmęczona i o 5:00 zamiast wstawać poszliśmy dalej spać. Poza tym jestem burzowym cykorem. Już nie pierwszy raz zrezygnowałam z wyjazdu z obawy przed burzami, których potem nie było. Boję się ich odkąd w 2001 na obozie harcerskim przez megaburzę i trąbę powietrzną drzewa waliły nam się na głowy, a odkąd mam rozrusznik boję się ich podwójnie. Pioruny są teraz dla mnie jeszcze bardziej niebezpiecznie i w dodatku podobno moje urządzenie może je przyciągać. Żeby dzień jednak był aktywnym postanowiliśmy, że pojedziemy na rolki - oby tylko nie padało.

W ogóle trzymajcie za mnie kciuki za tydzień i trzymajcie też za to, żeby nie padało... Proszę :)

poniedziałek, 2 maja 2016

Alergia!

Długi weekend w moim wykonaniu to w połowie odpoczynek, a w połowie nadrabiane różnych zaległości, w tym też tych na blogu. Nie było mnie tu dość długo, bo raz, że nie miałam czasu, a dwa - nie miałam blogowego natchnienia. 

Ten miesiąc upłynął pod znakiem alergii. Czerwone oczy, katar sienny, swędzenie twarzy - to tak w wielkim skrócie. Biorę Loratadynę, piję wapno i dzięki temu jako tako funkcjonuję. Na szczęście pogoda i brak czasu nie sprzyjały aktywności na świeżym powietrzu, więc jakoś przeżyłam kwiecień. Wczoraj za to poszliśmy z Ł. na rolki i z oczu leciały mi alergiczne łzy, przedwczoraj natomiast wybraliśmy się na Turbacz (jupi!) i było to samo, a nawet chyba bardziej intensywnie. Mam nadzieję, że jeszcze z dwa tygodnie i wszystko wróci do normy.

Pierwsza w życiu wyprawa w Gorce

Poza alergią muszę przyznać, że ostatnio nie jest źle. Na początku kuracji ziołowo-antybiotykowej objawy bartonelli miałam wzmożone. Od jakichś dwóch tygodni (a zioła biorę już pięć) jest dobrze. Zostały tylko węzły chłonne i mroczki przed oczami, a to i tak mniej intensywne niż bywało wcześniej.

Widoki podczas zejścia, ach, mieć takie na co dzień... :)

Oczywiście to nie jest tak, że jest kolorowo. Alleluja i do przodu? Wcale nie. Przez ten miesiąc zdarzały mi się mniejsze i większe załamki, lęki i strach przed ziołami, a także obawa, że umrę - nie za kilka, kilkanaście czy może kilkadziesiąt lat, ale że umrę już teraz, dziś, jutro czy też w nocy.

<3 <3 <3

Przyznam szczerze, że strasznie trudno jest wykrzesać w sobie wiarę w sukces. Taką prawdziwą i głęboką, a nie udawaną przed światem. Wiem, że pozytywne myślenie to połowa sukcesu, ale też mam pełną świadomość tego, jak trudno jest myśleć pozytywnie. Chyba zakończę ten wątek, bo boję się, że znów się nakręcę. W każdym razie - wciąż się staram nie dopuszczać złych myśli do mojej głowy.

Owiecki :)

Tym, co poza pracą pochłania obecnie mój czas jest organizacja wesela. A to przymiarka sukni, a to spotkanie w restauracji, a to formalności kościelne, a to setki telefonów i zakupów internetowych. Sporo tego i sporo jeszcze mamy do zrobienia. Świetny sposób na nudę ;-) . Polecam każdemu z nadmiarem wolnego czasu.

Dlatego też składam publicznie obietnicę, że do wesela, które już 4 czerwca zaglądnę na bloga i napiszę, co u mnie słychać. Składam ją, by niejako zmusić się do wejścia i napisania ;-) .