czwartek, 17 lipca 2014

Kontrola rozrusznika

Piję dalej ten berberys i odnoszę wrażenie, że źle on na mnie wpływa. Słowem - czuję się niezbyt dobrze po tym świństwie. To znaczy podejrzewam, że właśnie po tym, bo poza berberysem nie nastąpiła żadna inna zmienna w moim leczeniu czy żywieniu. Zatem to musi być to. Na szczęście jutro ostatni dzień i przerwa.

Moje gorsze samopoczucie przejawia się zmęczeniem (takim w kategoriach silnego), bólem mięśni i kolan, problemami z pamięcią i totalnym brakiem koncentracji. Ta pamięć, a właściwie nie-pamięć szczególnie mnie wkurza. Nie pamiętam o połowie ważnych spraw i o wszystkich nieważnych. Potem ludzie myślą, że ich nie słucham. Oni się złoszczą, ja się złoszczę na samą siebie - takie błędne koło.

We wtorek byłam na wizycie u kardiologa. Po roku przerwy. Te wizyty zawsze mnie stresują, co odbija się potem na moich zdrapanych skórkach u palców. Tym razem również się odbiło. Jak zwykle jechałam pełna nadziei i wiary w cud. Pani doktor przetestowała te moje źródło energii i stwierdziła, że jest w pełni sprawne, co mnie ucieszyło. Przyznam, że nie zakładałam, że mogłoby być inaczej. W ciągu tego roku nie było żadnych przekroczeń w zadanym rozrusznikowi rytmie mojego serca, żadnego migotania przedsionków, zatem serce pracowało dobrze, co również mnie ucieszyło. No ale... blok III stopnia dalej jest, nie ma zmian w tej kwestii. Pani doktor powiedziała, że w związku z tym, że nie ma poprawy - uszkodzenie jest nieodwracalne. Tymi słowami poinformowała mnie, że do końca życia będę musiała polegać na rozrusznikach serca. Ile ich będzie? Cztery? Pięć? Ile razy będę musiała przeżywać ich wymianę? Cztery? Pięć? To się nazywa życie mierzone liczbą sztucznych urządzeń w moim ciele. Na szczęście powiedziała również, że mam rytm zastępczy - około 40 uderzeń na minutę, więc gdyby rozrusznik z jakichś względów przestał pracować - będę żyć. Szczerze mówiąc nie zakładałam w ogóle, że mogę tego rytmu zastępczego nie mieć. Skoro mnie jednak o tym poinformowała, to chyba mogłabym go jednak nie mieć, więc dobrze, że go mam.

Nie znoszę tych wizyt u kardiologa. To jest okropne, gdy ktoś ma możliwość sterowania twoim organizmem, Gdy ci powie, że może się teraz zakręcić w głowie i się rzeczywiście kręci. Gdy wpisuje twoje imię i nazwisko do tego urządzenia, gdy wpisuje PESEL. Gdy może odczytać wszystko, co się z tobą działo od ostatniej wizyty. To jest okropne.

Po tym wszystkim zaczęłam się zastanawiać, czy powinnam dalej mieć nadzieję i wierzyć w cud, czy też lepiej będzie się w końcu ostatecznie z tym pogodzić i przyjąć do wiadomości, że serce jest nieodwracalnie uszkodzone. Jakbym się pogodziła, to może nie przeżywałabym tak mocno każdej kolejnej kontroli rozrusznika i nie byłabym tak bardzo rozczarowana po...

sobota, 12 lipca 2014

Stan apatii dziwnej

Ogarnął mnie stan dziwnej apatii. Dziwnej, bo nie do końca przeze mnie zrozumiałej i usprawiedliwionej. Nic mi się nie chce, na nic nie mam ochoty i jednocześnie zadręczam się wyrzutami sumienia, że nie robię tego, co powinnam i zaległości - przede wszystkim w "sprawach do pracy" - się mnożą (w innych sprawach zresztą też). Miałam już takie stany wcześniej - w trakcie nadmiernej ilości dragów i początków leczenia (jego środków chyba również). Teraz już tak nie powinno być, więc dlaczego jest? Pocieszam się, że może to dlatego, że osiągnęłam cel, który mnie mobilizował, trzymał w ryzach. Teraz muszę tylko wyraźnie postawić sobie nowy i się go kurczowo trzymać. Z postawieniem celu nie powinno być problemu (w sumie to już został postawiony), tylko mobilizacji do działania jakby mi brak... Do jakiegokolwiek działania... Muszę cierpliwie poczekać, aż to minie... Cierpliwie - dobry żart.

I tak co najmniej od środy, bo wcześniej czas miałam przepełniony spotkaniami towarzyskimi. Śmiałam się nawet, że niezwykle trudno jest być doktorem - człowiek cały czas musi imprezować i fizycznie nie ma już na to siły ;-) .

Zaczęłam pić berberys - niezwykle "smakowite" ziółko, które zawiera siarczan berberyny. Ma działać oczyszczająco i pasożytobójczo. Mój problem z ziołami jest taki, że stosuję je bez większego przekonania w ich skuteczność. Bardziej na zasadzie - nie zaszkodzi, może pomoże, więc mogę pić. Z berberysem mam dodatkowy problem - odrzuca mnie na samą myśl, że mam to pochłonąć. Powinnam pić 3-4 szklanki dziennie, na razie wypijam dwie i nie daję rady trzeciej. Chyba jestem mięczakiem pod względem wrażeń smakowych. Brzmi komicznie - przeżyłam wlewy, zastrzyki Debecyliny, a użalam się nad tym, że mam wypić napar o wątpliwych walorach smakowych.

Kończę, bo chyba powinnam posprzątać, mimo że cholernie mi się nie chce.

sobota, 5 lipca 2014

Wielu ojców sukces ma

3 lipca 2014 roku zrealizowałam jedno ze swoich największych marzeń. 3 lipca 2014 roku obroniłam pracę doktorską i we wtorek Rada mojego Wydziału nada mi stopień doktora nauk społecznych w zakresie nauk politycznych, specjalność polityka społeczna.

447 stron marzeń :)

10 lat temu, gdy rozpoczynałam studia zaczęłam marzyć o doktoracie. Wtedy wydawało mi się to tak odległe, jak zdobycie Mount Everestu. Niemniej jednak każdego roku Everest ten stawał się coraz bardziej osiągalny, a ja znajdowałam się coraz wyżej. 

Mój Everest był wypełniony wieloma trudnymi próbami, na swoim szlaku spotkałam wiele przeciwności. Od małych i prozaicznych po te naprawdę ciężkiego kalibru. Przeżyłam okresy niewiary w siebie, godzinami odpędzałam myśli, że jestem za głupia na to, żeby zostać doktorem. Najtrudniejsze do przezwyciężenia było jednak zrozumienie, że z rozrusznikiem serca mogę ten doktorat napisać, a także, że borelioza i bartonelloza nie są w stanie mnie skutecznie powstrzymać przed realizacją marzeń.

Proces tworzenia doktoratu trwał niecałe 5 lat. Najpierw polegał na czytaniu fachowej literatury i formułowaniu koncepcji, wyborze tego, o czym chcę pisać. Następnie przeprowadziłam żmudne i czasochłonne badania. Pisanie natomiast rozpoczęłam dopiero w styczniu 2013 roku. W marcu 2013 roku miałam niemalże skończony pierwszy rozdział i wtedy właśnie zaczął się intelektualny horror. Podjęłam leczenie b&b. Jeśli czytaliście bloga, to wiecie, że było bardzo trudno. Moja koncentracja była niemalże zerowa, myśli w sposób nieuporządkowany kłębiły się w głowie, nic mi nie wychodziło, a tym bardziej pisanie. Drugi rozdział pisałam od kwietnia do sierpnia i naprawdę była to męka. Hektolitry łez wówczas wylałam. Ukończenie trzeciego rozdziału skutkowało listopadowym pogorszeniem samopoczucia i moim drugim w życiu L4. Na szczęście czwarty - ostatni - rozdział, wstęp i zakończenie napisałam w miarę bez większych komplikacji.
Wiosna tego roku upłynęła mi pod znakiem uczenia się do egzaminów doktorskich, a początek lata - na przygotowaniach do obrony. No i się kurczę udało! Chyba nawet bardzo.

Jeszcze to wszystko do mnie nie dotarło. Jeszcze nie potrafię uwierzyć, że za chwilę naprawdę będę doktorem. Jedno wiem na pewno. Nie byłoby tego sukcesu, gdyby nie wsparcie najbliższych mi osób. Ich wiara we mnie stała się wręcz zaraźliwa i chyba sama trochę zaczęłam wierzyć, że mogę to zrobić. Słowa wsparcia, udzielona pomoc to wszystko spowodowało, że się udało. Niemniej jednak doktorat nie jest tylko mój. To jest doktorat wszystkich osób, które mi pomogły. DZIĘKUJĘ! Dziękuję raz jeszcze - rodzinie, Łukaszowi, przyjaciołom, mojej odkleszczowej pani doktor (w tym sukcesie miała duży swój udział)!

Ale po co o tym piszę? Po to, żeby dać świadectwo. Żeby pokazać, że pomimo wielu trudności nie można zamknąć się w świecie choroby, bo jeśli to uczynimy, to stracimy wiele możliwości, które czekają na nas na zewnątrz. Wraz z każdym niezrealizowanym marzeniem stracimy cząstkę siebie samych. Zatem moi drodzy - do boju! Nie dajmy się temu boreliozowemu paskudztwu! Nie dajmy się też innym paskudztwom, bo przecież każdy z nas ma swój odpowiednik boreliozy czy swój rozrusznik serca. Słowem każdy z nas idzie z własnym bagażem przez życie.

A tak swoją drogą stuknęło mi 10.000 wejść na bloga. Dzięki wielkie :)

środa, 25 czerwca 2014

Byliśmy w Shire

W długi weekend byliśmy z Ł. w Shire. Tym Tolkienowskim, zielonym i pełnym hobbicich nor. A tak całkiem poważnie - to nor i ich mieszkańców niestety nie udało nam się zobaczyć. Mimo tego mankamentu w Shire było przepiękne.

Wszechobecna zieleń

Tym naszym Shire była słowacka Mała Fatra. W sierpniu zeszłego roku zdobyliśmy Małego Rozsutca i wtedy właśnie pokochałam to pasmo górskie pełne stożkowych wzniesień. Obecnie wśród moich ulubionych gór Mała Fatra znajduje się na jednej z czołowych pozycji - sama nie wiem, której. ;-)

W gratisie skałki i łańcuchy, czyli pełnia szczęścia :)

W związku z tym, że w długi weekend wyjechaliśmy ze znajomymi nieco bliżej gór, postanowiliśmy z Ł. wykorzystać ten fakt i odwiedzić miejsce, które rok temu tak nas urzekło. Tym razem celem stał się Wielki Rozsutec. Wdrapywaliśmy się na niego ze wsi Stefanova, która jest położona na wysokości 600 m.n.p.m., cel wędrówki znajdował się natomiast 1000 metrów wyżej.

 
Shire w pełnej okazałości

1000 metrów różnicy wzniesień to mniej więcej podobna deniwelacja jak z Morskiego Oka na Rysy i muszę przyznać, że równie podobnie mnie ta wycieczka zmęczyła. Jak się okazało po powrocie do domu - łącznie przeszliśmy zaledwie 12 km, tak więc na stosunkowo niewielkim dystansie musieliśmy się wspiąć 1000 metrów w górę. Moje nogi to odczuły - zakwasy miałam solidne, szczególnie bolało w poniedziałek. Chodzenie po schodach było mordęgą, ale uwielbiam taki rodzaj bólu, bo oznacza, że żyję przez duże Ż. :)

"Widoki" ze szczytu

Sporym mankamentem tego wypadu była pogoda. Delikatnie mówiąc - nie rozpieszczała nas. Zaliczyliśmy dwie solidne ulewy, w tym jedno gradobicie. Grad dopadł nas na samym szczycie. siedzieliśmy więc pod parasolem i czekaliśmy aż trochę się uspokoi, po czym zaczęliśmy ewakuację w deszczu.

Chwila ładnej pogody na szczycie

Druga chwila ładnej pogody na szczycie

A tu widok ze szczytu już w nieco innej scenerii


Następnego dnia urządziliśmy jeszcze sobie spacer na Leskowiec - górkę o wysokości 922 m.n.p.m. położoną w Beskidzie Małym. Ł. ma niemalże całe Beskidy przechodzone, więc wytypował trasę wycieczki, która miała nam pozwolić na zasmakowanie gór i jednocześnie nas nie zabić. Udała mu się ta sztuka i spacerkiem pokonaliśmy 6 kilometrów górskich szlaków.

Podczas zejścia z Wielkiego Rozsutca widok na Mały (ta skała po lewej)

Tym razem zdążyliśmy przed deszczem. Zaczęło lać, gdy zbliżaliśmy się już do samochodu. Wymyślone przeze mnie górskie przysłowie: "W czerwcu zawsze musi lać" po raz kolejny okazało się prawdą.

Shire w chmurach

Zdrowotnie i kondycyjnie wyjazd ten przeżyłam całkiem dobrze. Miałam tylko jedną większą załamkę, której przyczyną było to, że nie umiem zasnąć. No i potem wszystko potoczyło się już samo - dlaczego choruję, dlaczego inni mogą spokojnie spać albo też mogą imprezować i niczym się nie przejmować, a ja muszę się męczyć? Dlaczego, dlaczego, dlaczego? Pojawił się żal, że czegoś nie mogę robić, mimo że i tak nie miałam na to ochoty - taki boreliozowy pies ogrodnika albo też żal potencjalnej możliwości, której i tak bym nie wykorzystała. Wiem, zagmatwane to, ale mam nadzieję, że rozumiecie, co miałam na myśli. Na szczęście Ł. był blisko. Na szczęście Ł. się przebudził. Na szczęście Ł. potrafi mnie uspokoić. Na szczęście...

<3

Bylismy wczoraj z Ł. na piątym zastrzyku Debecyliny. Został mi jeszcze tylko jeden. Każdy kolejny zastrzyk boli coraz mniej. Odnoszę wrażenie, że moje pośladki są stworzone do Debecyliny ;-) . Mam nadzieję, że to cholerstwo postawi mnie na nogi. W sumie to już tak jakby trochę na nich stoję. Porównując z tym, jak się czułam w przeszłości - bliższej lub dalszej - jest naprawdę dobrze.

 
Na Leskowcu

Pasożyty też staram się wytępić. Przez 7 dni piję nalewkę ziołową Vernikabon, potem 7 dni przerwy i od nowa. Poza tym skończyłam już brać Prazykwantel i Nitazoxanide, skończyłam też Pyrantel, teraz w menu mam Vermox, który z kolei kończy mi się 11 lipca (oczywiście z przerwami w środku). 18 lipca kolejna wizyta lekarska i kolejna partia leków do połknięcia. Każda tabletka przybliża mnie do końca leczenia!

Tak trochę się boję, bo w sierpniu mam spędzić na Warmii dwa tygodnie pod namiotem. Z każdym dniem, który przybliża mnie do tego wyjazdu mój strach przed kleszczami jest coraz większy. Zaczynam żałować, że w tym czasie będę leczyć lamblie zamiast boreliozy, bo przez to nie będę zabezpieczona przed kleszczami, które w tamtym regionie są bardzo często wyposażone w cały pakiet bakterii.

Tymczasem pora kończyć. Od jutra rozpoczynam intensywne przygotowania do tego, co mnie czeka 3 lipca. Trzymacie te kciuki?

środa, 18 czerwca 2014

Przemęczenie

Jestem przemęczona. Czas ucieka jak szalony, spraw do załatwienia mnóstwo, nie wyrabiam. Zastanawiam się, czy osiągnęłam właśnie szczyt moich możliwości angażowania się różne aktywności, czy też da się robić więcej...

W dodatku ostatnio było jakby gorzej. W sensie mojego samopoczucia. Po pierwsze i najważniejsze - nie umiem spać. Z ostatnich siedmiu nocy wyspałam się tylko dwa razy. To już nawet nie chodzi o to, że nie umiem usnąć. To przede wszystkim chodzi o to, że mam wrażenie, jakbym w ogóle nie spała - budzę się co chwilę i jakość tego snu jest nijaka. Po takiej nocy dzień nie jest, bo nie może być dobry, więc tak sobie funkcjonuję w tym swoim zmęczeniu. Niestety.

Dziś, gdy wstałam po kolejnej kiepskiej nocy - puściła mi się farba z nosa. Siedziałam z 10 minut z pochyloną głową i papierem toaletowym, którym zatykałam sobie lewą, krwistą dziurkę. Od razu przypomniały mi się czasy, gdy będąc dzieckiem miałam problemy z naczyniami krwionośnymi i takie wypadki zdarzały się często.

Uświadomiłam sobie, że chyba nie potrafię rozmawiać z ludźmi. Nie wiem, czym to jest spowodowane. Od niedawna tak mam. Nie umiem wejść na głębszy poziom dyskusji, wolę uciec - skończyć rozmowę i wyjść albo też odpłynąć myślami (tę opcję zostawiam na spotkania w szerszym gronie, bo w relacji sam na sam jest to niemożliwe). Mam nadzieję, że jest to tymczasowe i wkrótce minie, bo męczę się, jest mi przykro, być może komuś sprawiam przykrość, a jednocześnie nie potrafię inaczej. Może po 3 lipca wrócę do siebie. Do 3 lipca trochę nerwówki jest i będzie, być może nerwówka spowodowała tę moją towarzyską niemoc.

Dziś jedziemy z Ł. po czwartą Debecylinkę. Przy okazji Ł. wysnuł teorię, że po nieparzystych Debecylinach czuję się źle, a po parzystych dobrze ;-) . Jeżeli teoria ta jest prawdziwa, to w najbliższych dniach powinno być OK.

Udanego długiego weekendu wszystkim! :)

piątek, 13 czerwca 2014

Kawał dobrej roboty?

Kurczę, chyba wykonałam kawał dobrej roboty. Powoli nadchodzi czas żniw ;-) . Jak już pisałam - gdy się wszystko uda, to się pochwalę, raz na jakiś czas wolno mi się chwalić ;-) . 3 lipca wielki sprawdzian - trzymajcie kciuki, wysyłajcie pozytywną energię, wszelkie formy wsparcia dozwolone ;-) . 

Tymczasem wczoraj zdałam ostatni z trzech egzaminów. Yeah! Wczoraj byłam też na trzeciej Debecylinie. Drugą zniosłam dzielnie. Skorzystałam z zalecanego wsparcia w postaci Paracetamolu (za pierwszym razem uznałam, że nie będę się truć kolejnymi dragami i że twardziel ze mnie, więc nie potrzebuję painkillersów) i to był strzał w dziesiątkę, bo bolało jakby mniej. Już trzeciego dnia po zastrzyku mogłam normalnie funkcjonować, nawet poszliśmy z Ł. na rolki, a drugiej nocy potrafiłam spać na plecach. Poza tym po drugiej Debecylinie całkiem sprawnie funkcjonowałam - poza stresem, który tym razem wynikał z egzaminu - dolegało mi zmęczenie, mroczki, strzelanie stawów, ból głowy i... i to w zasadzie tyle :) .

Niestety dziś nie czuję się zbyt dobrze, ale podejrzewam, że to głównie dlatego, że w nocy kiepsko spałam. Pierwsza noc po zastrzyku zawsze jest trudna. Co chwilę się budziłam, a o 6:37 uznałam, że już jestem wyspana, choć mogłam w łóżku zostać do 8:00. Prawdę mówiąc, to nawet zostałam do tej 8:00 ;-) . No i teraz znów mam wrażenie, że złapałam wirusa grypy - zimno mi strasznie, dreszcze mnie przechodzą, ale przede wszystkim - nic mi się nie chce, a tyle mam do zrobienia. Jak zwykle.

 W związku z tym, że mam pustkę w głowie - kończę na dziś. Jeszcze tylko utwór, który zawsze dodaje mi otuchy i sił do walki. + Jacek Kaczmarski + , + Przemysław Gintrowski + .