środa, 14 maja 2014

34,60

I znowu czeka mnie intensywna nauka... Tak będzie aż do początku lipca. Potrzebuję jeszcze troszkę sił, jeszcze troszkę cierpliwości. Jak się wszystko uda, to się pochwalę. Na razie chwalić się nie będę, bo nie ma czym.

Weekend spędziliśmy z Ł. na wsi. Pogoda była w kratkę. Na szczęście można było pospacerować, pograć w paletki czy porobić parę fotek. Poza tym znów szachy i Scrabble, ale też praca, która tym razem pojechała z nami (a w pracy stresu ostatnio sporo...).

Zwierz korzystał z rzadkich chwil słońca

Kuracja lambliowa trwa. Jestem już po pierwszej serii Prazykwantelu i Nitazoxanide. Jutro kolejna dawka tego pierwszego. Poza tym dziś zakończyłam pierwszy tydzień picia tej ziołowej nalewki. Teraz tydzień przerwy i potem znowu ziółka. Mniami. Muszę sobie to wszystko zapisywać w kalendarzu - co kiedy mam brać, bo inaczej na pewno coś bym pomieszała.

To, co tygryski lubią najbardziej :)

Dziś odebrałam na poczcie Debecylinię. Pora zabrać się za zorganizowanie zastrzyków. Tak w kontekście borelki - od jutra będę brała jeszcze krople Citrosept, które mają być łagodniejszą i nieantybiotykową wersją Tynidazolu. No i dalej w tym temacie - mam wrażenie, że znów mam problemy z pisownią słów :( i że znów strzelają mi kości (to akurat nie jest wrażenie, tylko obiektywna obserwacja). Dziś również odebrałam wyniki badania poziomu witaminy D. Mam 34,60. Norma to 35-80. Całkiem dobrze :) . Jednak mały psikus w stronę lamblii mi wyszedł :) .

Zawsze lubiłam te roślinki, a że z roślin jestem kiepska - nie mam pojęcia, jak się nazywają ;-)

Zakończę pozytywnie - znów usłyszałam od znajomej osoby coś o sobie. Czasem dobrze jest coś usłyszeć, bo samemu strasznie trudno siebie ocenić. Tym razem dowiedziałam się, że w porównaniu do zeszłego roku, a konkretnie do podobnej pory w zeszłym roku, o wiele częściej się uśmiecham i jestem bardziej pozytywna. To bardzo dobrze, prawda? :)
Tulipanów czas już minął

sobota, 10 maja 2014

Co słychać

Zagubiłam się w czasoprzestrzeni. W majówkę poza drobnymi przyjemnościami czas spędzałam na nauce, bo 7 maja miałam egzamin z angielskiego, który wypadł całkiem dobrze :) . Poza tym w czwartek Ł. miał urodziny, więc w tej zagubionej czasoprzestrzeni przygotowywałam jeszcze parę niespodzianek. W efekcie sekundy, minuty, godziny, dni mijały potwornie szybko i w ten sposób mamy już 1/3 maja. Ja się pytam - kiedy, jak, dlaczego? Impossible.

Kuracja lambliowa jak zwykle "milusia". Używając młodzieżowego slangu (a co ;-) , chociaż przez język się odmłodzę) - ryje mi umysł i ryje mi ciało. Poza dragami popijam sobie jakąś wstrętną ziołową nalewkę, która ma też być korzystna przy pasożytach.

Poza tym czekam na przesyłkę z debecyliną, którą wysyła mi zapoznana pani z facebookowej grupy boreliozy. Tak sobie myślę, że te zastrzyki to coś, czego chyba najbardziej się teraz boję. Strach porównywalny ze strachem przed pierwszą kroplówką z Biotraksonem... Trzeba będzie ogarnąć ten temat w przyszłym tygodniu, bo do tej pory odkładałam go sobie na przyszłość. Trzymajcie kciuki, żebym wytrzymała bez wycia z bólu, bo bólu to ja nie lubię, choć codziennie się z jakimś mierzę.

Z nowości jeszcze - w czwartek zrobiłam w Diagnostyce badanie na poziom witaminy D - odkleszczowa pani doktor zaleciła mi je zrobić. Lamblie mają jej poziom obniżać. Ale bym zrobiła psikusa tym lambliom, gdyby witamina D była w normie. Takie małe marzenie... Wyniki we wtorek lub w środę, bo we wtorek jestem cały dzień w pracy i mogę nie zdążyć po nie podjechać.

Pewnego dnia chciałam sobie poczytać o lambliach, ale jak trafiłam na różne fora, to doszłam do wniosku, że już nigdy więcej czytać nie będę. Jak zobaczyłam, co ludzie tam piszą - objawy, samopoczucie, konsekwencje w postaci innych chorób wywołanych przez pasożyty, to stwierdziłam, że to czytanie mnie tylko smuci, dołuje, wprowadza w fatalny nastrój. Dlatego powiedziałam STOP i nie czytam. Wolę nie wiedzieć - sama nie wierzę, że osiągnęłam taki stan.

Ostatnio kumpela w rozmowie nazwała mnie bohaterką (Aguś, jak to czytasz, to serdecznie pozdrawiam), dlatego że tyle tego znoszę, normalnie pracuję i robię jeszcze inne rzeczy (takie moje małe społeczne ADHD). Oczywiście, za żadną bohaterkę się nie uważam i najpierw podeszłam do tego określenia neutralnie, ale po jakimś czasie zaczęłam sobie myśleć - cholera, ja nie chcę być uznawana za żadną bohaterkę. Chciałabym po prostu żyć normalnie. Być zwykłym, małym ludkiem i nie musieć znosić czegokolwiek...

PS kupiliśmy z Ł. rolki :)

sobota, 3 maja 2014

Strach

"Większość lęków wynika z naszej niewiedzy, wpływu innych ludzi i tego, co dzieje się w podświadomości, a nie zawsze ma związek z rzeczywistością. Przeszkody są czymś naturalnym i mogą wyzwalać w nas strach, co nie znaczy, że musimy mu ulegać. Gdy znajdziemy się w sytuacjach skrajnych i nie mamy żadnego sposobu, by świadomie wyłączyć paraliżujący strach, trzeba szukać rozwiązania w podświadomości. Sposoby są różne: może być to modlitwa, liczenie do tysiąca, medytacja. Nie warto zawracać do portu przy przeciwnym wietrze. Często wyolbrzymiamy trudności, boimy się, że dalej będzie jeszcze gorzej. Kiedy jest bardzo trudno przenosimy emocje na całą przyszłość. Wtedy trzeba ograniczyć się do najbliższych 24 godzin i pamiętać, że jutro słońce też wchodzi, a cała sytuacja może się diametralnie zmienić. Kiedy jest bardzo trudno i ulegamy strachowi oraz pokusie powrotu do bezpiecznego portu, komfortowych warunków i spokoju, może właśnie wtedy świat sprawdza, czy jesteśmy warci, by osiągnąć założony cel i pokonać samych siebie. Pokonanie samego siebie oznacza przekroczenie granicy strachu. Kiedy poddamy się strachowi, nasza świadomość wypełnia się dziesiątkami powodów do zawrócenia z obranej drogi. Warto wtedy obserwować swoje myśli, ale nie przywiązywać się do nich, być obok, pozwalać pojawiać się pokusie porzucenia drogi. Strach można przeczekać, zobaczyć, co będzie jutro, oderwać się od bieżącej sytuacji i zająć umysł czymś innym. Najgorzej jest na początku drogi, kiedy jest najwięcej niewiadomych, a w związku z tym najwięcej strachu. Gdy wejdziemy już w pewien rytm, niektóre lęki znikną. W ich przezwyciężaniu może pomóc prowadzenie dziennika. Wówczas nasze ja staje poza daną sytuacją, uwalnia się od strachu, zostawiając go na papierze, i znajduje wytchnienie. Sposobów radzenia sobie ze strachem jest bardzo dużo, najlepiej szukać ich nie na zewnątrz, ale w swojej świadomości i podświadomości. A także przez analogie. Trzeba starać się wyciągać wnioski z tego, jak sobie kiedyś radziliśmy ze strachem, i zastosować je tu i teraz. Strach, podobnie jak przeszkody, jest naszym nauczycielem. Kiedy czujemy, że jest dobry, warto go posłuchać. Kiedy sądzimy, że nie ma racji, trzeba go zignorować. Strach to uczucie. Ryzyko istnieje obiektywne, a strach jest w nas, więc warto zapytać, czy ryzyko jest rzeczywiste, czy wyobrażone, płynie ze strachu i tam ma podłoże. I pamiętajmy, strach to wyraz pokory wobec rzeczywistości, która nas przerasta, a brak cienia strachu powoduje nadmierny wzrost ryzyka."

Marek Kamiński

środa, 30 kwietnia 2014

Never ending story

Standardowo... Gdy sobie pewne sprawy w głowie poukładam, wyjdę z jednego dołka, zaraz wpadam w następny. Never ending story. :( :( :(

W telegraficznym skrócie - wydarzyło się to, czego się spodziewałam i choć próbowałam się mentalne do tego przygotować - zupełnie się nie udało. O co chodzi? O to, że byłam w piątek u lekarki i... i przez najbliższe pół roku (a może dłużej? nie wierzę już w jakiekolwiek terminy, żaden się nie sprawdził) będę leczyć lamblie. Dlaczego? Dlatego, że od zakończenia poprzedniej antypasożytowej kuracji wcale nie czuję się lepiej. Żeby jednocześnie nie pozwolić boreliozie się rozpanoszyć mam brać zastrzyki debecyliny, która to nie jest dostępna w Polsce i które to podobno cholernie bolą. Jeden zastrzyk na tydzień. Jakby ktoś wiedział, w jaki sposób można zakupić debecylinę - niech się proszę podzieli tą wiedzą. W sobotę kupiłam przez internet leki na lamblie, doszły wczoraj, od dziś je biorę - znów Prazykwantel i Nitazoxanide. Pierwszy rzut zakończy się pod koniec maja. Mam też kupić nalewkę ziołową Vernicadis - jakby ktoś miał jakieś sprawdzone drogi zakupu, to też chętnie przygarnę tę wiedzę.

Fakt, że znów jestem w samym środku chorobowego gówna dotarł do mnie z opóźnieniem. Opóźnienie było spowodowane tym, że w sobotę po południu pojechaliśmy z Ł. na wieś - do domku letniskowego moich rodziców. Wróciliśmy w poniedziałek wieczorem. Czas spędziliśmy odpoczywając, spacerując oraz grając w szachy i gry planszowe. Rewelacyjnie było tak nic nie musieć robić. Jedyny minus - trochę mi na tej wsi alergia dokuczała, ale w niedzielę zaczęłam brać Claritine, więc nie było aż tak bardzo źle. Niestety po wyjeździe szara rzeczywistość chorowania mnie przytłoczyła, dobiła, zmiażdżyła...

Bilans rozegranych partii: 5 do 5

Włączył mi się po raz kolejny bunt - na zasadzie pytania dlaczego. Dlaczego tyle tego? Dlaczego nie może być normalnie? Dlaczego mam tyle chorób, jedna byłaby trudna do zniesienia, a ja mam ich kilka. Na zasadzie pytania ile jeszcze. Na zasadzie pytania, czy są w ogóle jakieś szanse na to, że się kiedyś wyleczę? 

Straciłam mój niepoprawny optymizm. Mam nadzieję, że wkrótce wróci, ale obecnie nie mam na nic ochoty. Nie mam ochoty dalej z tym wszystkim walczyć. :( :( :(

wtorek, 22 kwietnia 2014

Zmęczenie

Ogarnęło mnie zmęczenie. Nie wiem, czy jest to kwestia wiosennego przesilenia, przemęczenia organizmu po ostatnich szaleństwach, czy też kwestia boreliozy lub lambliozy, a może wszystkiego naraz? Nic mi się nie chce, na nic nie mam ochoty. Wieczorami czuję się, jakbym przerzuciła tonę węgla, a w sumie niewiele robię, bo od piątku wrzuciłam na luz (zero pracy, jedynie domowo-rodzinno-świąteczne obowiązki wypełniały mi czas).

Mam jeszcze jedno podejrzenie (poza wymienionymi) przyczyn tego stanu rzeczy. Zastanawiam się, czy to nie jest efekt alergii. Teraz wszystko pyli, a mnie się włączył katar sienny i kichanie. W niedzielę przeżyłam intensywny atak alergii odzwierzęcej. Jestem uczulona na sierść i pióra, ale do tej pory jakoś tolerowałam psy. Za to koty doprowadzały mnie do łez, kataru, czerwonych i swędzących oczu. Tym razem taki stan wywołał pies. To była masakra. Przez godzinę od opuszczenia mieszkania, w którym pies przebywał dochodziłam do siebie z pomocą odczulającego wapna.

Poza zmęczeniem i alergią znów dokuczają mi kolana. Gdy mam je zgięte długo nie wytrzymuję, dlatego też siedzenie jest trudne i najlepiej czuję się leżąc. Znów też zaczęły mi "chrupać" stawy - przez pewien czas tego nie miałam, a zorientowałam się, że nie miałam, gdy ponownie zaczęłam trzeszczeć i z Ł. uznaliśmy, że rzeczywiście dawno tego nie było. W piątek kolejna odkleszczowa wizyta lekarska. Nie wiem, dlaczego, ale jakiś lekki niepokój to we mnie budzi. Niepokój na zasadzie - co dalej?

I jeszcze tak na koniec - uważajcie, kleszcze już atakują! Znam już dwa przypadki ukąszeń i to w centrach dużych miast, z zupełnie różnych części Polski. A w związku z tym, że kleszcze atakują atakuje również borelia, bartonella, babesia, chlamydia, mykoplazma i pewnie wiele innych bakterii, o istnieniu których nie mam pojęcia. Jakby tego było mało to jeszcze odkleszczowe zapalenie opon mózgowych można złapać. Chętni?

środa, 16 kwietnia 2014

Było-minęło

Tak więc no... Przeżyłam. Jeszcze tylko jutro cały dzień w pracy i Święta :) . Już prawie, prawie wyszłam z tych wszystkich dodatkowych aktywności, które były ponad moje siły. Teraz czas na względną stabilizację, a w okresie majówkowym, jak i w maju oraz w czerwcu będę miała trochę nauki... Dlatego koniec z byciem wszędzie - teraz liczy się zaniedbane zdrowie i nauka.

Czas od ostatniego postu dobrym nie był. W piątek miałam duży kryzys - przemęczenie materiału. Nawet nie chcę sięgać pamięcią do tego piątku, bo on naprawdę okropny był. Za to w niedzielę udało mi się trochę odpocząć i to w dodatku poza miastem, na świeżym powietrzu.

Dziś kończę Tynidazol. Czuję to, choć chyba łagodniej go przechodzę niż kiedyś. Czuję to przede wszystkim dlatego, że bolą mnie kolana. To nie jest fajne, bo już zdążyłam się odzwyczaić od tego bólu. Całe szczęście, że człowiek jest taką istotą, która nie pamięta bólu. Pamięta, że go coś bolało, pamięta, że mocno, ale samego bólu nie pamięta.

Poza kolanami odczuwam standardowy zestaw szumów, mroczków, problemów z pamięcią, błędy ortograficzne też wróciły (przed chwilą na przykład napisałam "świerzy", co woła o pomstę do nieba).

Na szczęście w tym tygodniu udało mi się uspokoić psychikę - ufff. Świat jakby trochę bardziej różowy jest. W każdym razie na pewno pozbył się odcieni szarości, których nabrał w ostatnim czasie.

Miałam dziś iść do rodzinnej lekarki po skierowanie na badanie krwi, ale w tym względzie ogarnęło mnie lenistwo. W dodatku aura nie nastrajała do wyjścia poza próg domu, stąd też postanowiłam to odłożyć na najbliższą przyszłość. Badanie muszę zrobić najpóźniej 24 kwietnia, bo w piątek 25 kwietnia jadę na kolejną wizytę do odkleszczowej pani doktor - po 6 tygodniach od poprzedniej. Jak ten czas zapieprza...

poniedziałek, 7 kwietnia 2014

Słowa to wiatr

Nie ogarniam ostatnio życia, ludzi i rzeczywistości. Po pierwsze dlatego, że za dużo na siebie wzięłam, a niestety nie jestem jeszcze wystarczająco silna, by tyle brać. Ł. stwierdził, że obecnie (w marcu i kwietniu) jest ze mną tak jak było w listopadzie (wtedy nie było za dobrze). Nawet nie zauważyłam, że tak jest, ale pewnie ma rację, bo patrzy na mnie z zewnątrz. W sumie to nie chodzi tylko o to, ile na siebie wzięłam, ale bardziej (moim zdaniem) o to jak ja do tego podchodzę w sensie psychicznym. Niestety zazwyczaj jestem perfekcjonistką i chcę dać z siebie 100%, co powoduje, że się wszystkim cholernie przejmuję i właśnie to przejmowanie mnie zżera. Dziś, żeby temu zaradzić zamówiłam sobie w Matrasie książkę pt. "Jak przestać się martwić i zacząć żyć", którą polecił mi Lordjim - dziękuję bardzo, mam nadzieję, że uda mi się wdrożyć w życie zawarte w niej rady. Jak tylko przyjdzie i gdy tylko minie ten tydzień (kolejny przepełniony różnymi zajęciami) zabieram się do czytania.

Niestety sprawdzają się czarne słowa mojej lekarki. Wypowiedziane już dawno temu, ale wcześniej nie bardzo chciałam w nie wierzyć. Na jednej z wizyt powiedziała mi, że ludzie niby ci współczują - choroby, sytuacji i tego całego bagna, ale na tym się kończy, bo za słowami nie idą czyny - nikt się tobą nie przejmuje i zlecają ci kolejne zadania, delegują obowiązki. Słowem większość ludzi to egoiści, którzy patrzą tylko na to, żeby im było jak najwygodniej. To jest bardzo smutne. Na tyle smutne, że jak zwykle (gdy to do mnie dotarło) się popłakałam i jak zwykle Ł. musiał te moje łzy ocierać. Tak sobie myślę, że on naprawdę biedny przy mnie jest i zastanawiam się, jakim cudem on to wszystko znosi.

Dziś zaczęłam antybiotyki. Powrót po dwóch miesiącach i od razu z grubej rury, bo zaczęłam od Tynidazolu, więc w weekend i po weekendzie pewnie będzie zabawnie.

I jeszcze tylko dokończę historię wujka - okazało się, że przeszedł ostry zawał (tak zostało to na szpitalnym wypisie określone). We wtorek dostał się do szpitala, w którym pracuje ten znajomy kardiolog. Od razu zrobili mu koronografię i wszczepili stent do aorty. Zatem stan wujka był poważny. On teraz powinien ten pierwszy szpital (który go odesłał do domu) pozwać, bo to nie może tak być, że takie rzeczy mają miejsce w cywilizowanym kraju i w rzeczywistości XXI wieku.